"Życie Akademickie" Miesięcznik Społeczności Akademickiej AWF we Wrocławiu 2/21 Listopad 1996
Muzeum Historyczne jest własnością gminy miasta Wrocław i opiekuje się trzema zabytkami wysokiej klasy. Należą do nich: Arsenał, Ratusz i Cmentarz Żydowski. Cmentarz przy ul. Ślężnej jest jednym z dwóch wrocławskich cmentarzy żydowskich, drugi jest położony na Kozanowie przy ul. Lotniczej i pełni nadal funkcję miejsca grzebalnego Żydów dzisiejszej gminy wyznania mojżeszowego. To miejsce spełniało miejsce pochówku Żydów od 1856 do 1901 roku. Zmarłych chowano tutaj jeszcze do czasów II wojny światowej w tzw. dostawkach, czyli w miejscach zwężanych alejek i w obszarach wcześniej wykupionych. Nie wiemy dokładnie, kto był tutaj pochowany. Możemy się tego tylko domyślać, gdyż księgi cmentarne zaginęły. Ten cmentarz powstał jako trzeci w historii istnienia gminy. Najstarsze miejsce pochówku Żydów istniało w Średniowieczu, kiedy jednak dokładnie powstało, tego nie wiadomo. Znana jest natomiast data jego likwidacji, szacowana na rok 1342, w którym odbył się jeden z największych pogromów Żydów na Dolnym Śląsku. Decyzja Jana Luksemburczyka, który wtedy władał Śląskiem, umożliwiła mieszczanom wrocławskim wymordowanie bogatych Żydów i zabranie im całego dobytku, a biednych wypędzenie z miasta. Zabitych nieszczęśników spalono w okolicy dzisiejszego Placu Solnego, a cmentarz zniszczono całkowicie używając nagrobków do wzmocnienia murów obronnych, jak również stosując kamienne płyty do budowy fundamentów wielu, zarówno świeckich, jak i sakralnych obiektów. Z dawnego cmentarza pozostało do dzisiaj tylko kilka płyt nagrobnych. Jedną z nich znaleziono w piwnicach katedry wrocławskiej. Do dzisiaj zachował się na niej napis informujący, że człowiek leżący pod nią zginął od spojrzenia bazyliszka. Interpretacja najbliższa prawdy tłumaczy ten nieco intrygujący napis w sposób następujący. Bazyliszkiem nazywano tzw. jaszczurkę królewską, kamuflując w ten sposób osobę króla. Była to najprawdopodobniej jedna z pierwszych ofiar rozpoczynającego się wówczas pogromu. Po wymordowaniu i wypędzeniu Żydów przez ponad czterysta lat mieszczanie wrocławscy bazując na wspomnianym królewskim postanowieniu nie pozwalali przedstawicielom tej religii, mieszkającym bądź osiedlającym się we Wrocławiu, na założenie cmentarza blisko miasta. Ogólnie wiadomym jest, że Żydzi aż do wojen napoleońskich nie mogli w Europie posiadać ziemi, w związku z czym tereny przeznaczone na cmentarz mogli tylko dzierżawić. Czynili to za bardzo wysoką opłatą, ustalając termin dzierżawy na 999 lat. Żydzi, którzy się osiedlali na tych terenach, zmuszeni byli wozić zmarłych na cmentarze położone w dużych odległościach od Wrocławia do Brzegu Dolnego, Krotoszyna, Głogowa, Rawicza, a także do Białej Prudnickiej, gdzie istniała duża gmina żydowska. Taka sytuacja mocno utrudniała i spowalniała procesy związane z osadnictwem. Dopiero Fryderyk II, król pruski, przyznał określone przywileje poszczególnym wyznaniom, gdyż potrzebował pieniędzy na prowadzenie wojny. W ten sposób Żydzi wrocławscy uzyskali ulgi zezwalające na założenie cmentarza, który usytuowano daleko od murów dawnego Wrocławia, w okolicy dzisiejszego Dworca Głównego. Kiedy zapełnił się on w całości, a miało to miejsce około roku 1856, wtedy duża, w szybkim tempie rozwijająca się wrocławska gmina, szacowana na trzecią pod względem wielkości w całych Prusach założyła cmentarz przy drodze na Ślężę. Gmina wrocławska rozwijała się niezwykle prężnie i na przełomie wieków stała się jedną z najsilniejszych, po berlińskiej i frankfurckiej, żydowskich gmin Niemiec, odgrywając znaczącą rolę nie tylko w kulturze tego państwa, ale, rzec można, w kulturze całego świata.
Stary cmentarz żydowski przy dzisiejszej ul. Ślężnej to miejsce szczególne. Wrocław jest jednym z nielicznych miejsc w Europie, w którym wymieniono praktycznie całą ludność w mieście, udostępniając nowo przybyłym wszystko to, co pozostawiła pożoga wojenna. Wracający do Wrocławia Żydzi niemieccy, którzy przeżyli wojnę, potraktowani jako Niemcy, zostali natychmiast pociągami wywiezieni na Zachód. W ich domach mieszkali już bowiem inni ludzie. Z tego względu przez wiele lat nie mieli oni ochoty przyjeżdżać tutaj, aby zobaczyć, co się dzieje z pozostawionymi przez nich szczątkami ich własnej kultury materialnej. Ostatnio przybywają jednak coraz częściej, gdyż czas goi rany.
Ten cmentarz został przeznaczony do kasacji w roku 1974, podobnie jak szereg innych, których nie można było żadną siłą upilnować. Wandale robili na nich, na co tylko mieli ochotę. Wstawił się w swoim czasie za tym unikalnym obiektem Kanclerz Republiki Federalnej Niemiec Willy Brandt głównie z tej przyczyny, że został tutaj pochowany Ferdynand Lassalle, założyciel pierwszej w historii świata partii robotniczej. Byli tutaj odwiedzić jego grób wszyscy najwięksi politycy SPD, a więc zarówno wspomniany Willy Brandt, jak również Helmut Schmidt, a także wiele innych znanych postaci.
Można powiedzieć, że cmentarzem tym opiekują się dobre duchy, skoro udało mu się ocaleć pomimo tak wielkich, widocznych gołym okiem, okaleczeń i dewastacji. Wszystko wskazuje na to, że nie ulegnie on już likwidacji, a jego obszar nie zostanie przeznaczony na działki budowlane, tak jak było to postanowione w 1974 roku. Nie powinno tak się stać także z tego względu, że pochowano tutaj rodziców Edyty Stein, błogosławionej przez Papieża Polaka Żydówki wrocławskiej, która zmieniła wyznanie i zginęła z tego powodu w Auschwitz. Na tym cmentarzu leżą rodzice Edyty Stein, a jak wiadomo jednym z głównych punktów programu pobytu Papieża w Polsce będzie jej beatyfikacja. W związku z tymi uwarunkowaniami cmentarz powinien uzyskać opiekę następnych ważnych osób. Każde kolejne rozdanie nagród Nobla pokazuje dobitnie, jak wielu z laureatów tej najbardziej prestiżowej na świecie nagrody było spokrewnionych w dalszej lub bliższej linii z osobami pochowanymi na tym cmentarzu.
Cmentarz, szczególnie w okresie jesiennym, w obliczu zbliżającego się Święta Zmarłych stanowi miejsce zmuszające do głębokiej i gorzkiej zarazem refleksji. Prowokuje do zastanowienia się nad dolą tych, którzy kiedyś włożyli niemało trudu i starań w to, aby uczynić to miasto pięknym. Z Wrocławia my, Polacy, jesteśmy dzisiaj dumni, pokazując przyjeżdżającym tutaj turystom jego centrum, ze zdecydowanie mniejszą ochotą zawożąc ich na obrzeża miasta, gdzie powstały nowe osiedla. Należałoby w tym miejscu oddać szacunek tym, którzy potrafili kiedyś, jak sami powiadali, "...tworzyć rzeczy odpowiadające mocy stworzenia boskiego..."
W religii żydowskiej bardzo podoba mi się to, o czym często mówią przyjeżdżający tu młodzi Żydzi. Jeżeli człowiek wierzy absolutnie, szczerze i głęboko w to, że został stworzony przez Boga, to powinien przez całe życie udowadniać Bogu, że nie stworzył bubla. Bo jak umrze i stanie przed Jego obliczem, to usłyszy "Czas zmarnowałeś? Na co? Dałem ci tyle, a ty ileś z tego wykorzystał?"
Jeden z założycieli Bauhausu powiadał, że Bóg mieszka w szczegółach ludzkich dokonań. My, Polacy, mówimy, że w szczegółach każdych naszych poczynań mieszka diabeł. Stąd nigdy nie udaje nam się doprowadzić do końca tego, co robimy tak, żeby to było zapięte na ostatni guzik. Był taki czas, że Bóg miał powody do zadowolenia obcując np. w Kaplicy Sykstyńskiej z tym, co stworzył jeden z tych, których On stworzył. Jeżeli Bóg przybywa do miasta Wrocławia, to z pewnością zadowolony jest z Ostrowa Tumskiego, z centrum miasta zapewne też. Jestem jednak przekonany, że na Nowy Dwór nie fatyguje się swoim niebiańskim pojazdem...
W dzisiejszych czasach, tak jak z ochroną przyrody ochronie podlegają także zabytki, a więc wszystko, co jest stare i piękne. Tutaj na cmentarzu mamy do czynienia ze swoistym paradoksem, gdyż konserwator zabytków mówi o ochronie kamienia, konserwator przyrody apeluje o ochronę przyrody. Rośliny mają to jednak do siebie, że niszczą grobowce. Na cmentarzu występuje roślina zwana bluszczem pospolitym o liściach przypominających liście bzu. Ale taki kształt liści formuje się dopiero po kilkunastu lub nawet kilkudziesięciu latach wzrostu rośliny w pozycji pionowej. Kiedy bluszcz rośnie blisko ziemi nie pnąc się do góry, lecz kładąc po ziemi, ma wówczas liście o naturalnym kształcie, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Jeżeli zaczyna się piąć do góry, to po jakimś czasie zamienia się w drzewo. Mamy na cmentarzu przykłady takich właśnie pięknych, stuletnich niemal okazów, które w okresie października i listopada zaczynają kwitnąć. Bluszcz niszczy grobowce, wchodzi pomiędzy szczeliny dylatacyjne i po jakimś czasie potrafi zrzucić nawet ogromne kamienne głazy. Z punktu widzenia ochrony cmentarza powinno się z nim walczyć, konserwator cmentarza wydaje często polecenie usunięcia rośliny, a konserwator zieleni oponuję stanowczo mówiąc "Bój się pan Boga! Tylko kilka takich sztuk mamy w mieście!"
Dzięki temu, że areał (około pięciu hektarów) cmentarza ogrodzony jest od blisko stu pięćdziesięciu lat wysokim murem, żyją tutaj owady, jakich już w mieście nie ma, gdyż zostały po prostu wytępione lub wyginęły tracąc naturalne warunki rozwoju. Cmentarz stanowi dla nich swoistą enklawę, zamkniętą przed niszczycielskim wpływem z zewnątrz. Szkoda nam tu każdego stworzenia. Musieliśmy przegonić naukowców, którzy zakładali tutaj pułapki na tzw. biegacze ogrodowe, takie brązowe żuczki ze złotymi plamkami na grzbiecie. Gdyby jeszcze złapali np. jednego, policzyli mu te wszystkie plamki, wąsy i nogi, napisali sobie doktorat i wypuścili go, to byłoby wszystko w porządku, ale im potrzebne były do badań setki tych stworzeń. Nie pozwoliliśmy na to. Przez ponad pięćdziesiąt lat nie robiono na cmentarzu z zielenią nic, żadnych prac konserwatorskich, pielęgnacyjnych. Kiedy w końcu wzięliśmy się do roboty, okazało się, że trzeba będzie usunąć ponad tysiąc przewróconych drzew. Wywieźliśmy stąd siedemset czterdzieści ton śmieci i odpadków przywożonych tu przez służby oczyszczania, którym nie chciało się płacić za składowanie wspomnianych odpadów na terenach poza miastem, specjalnie do tego przeznaczonych. Wszystkie alejki zostały przełożone, bo były zryte i częściowo rozkradzione, w sumie stanowią około osiem i pół kilometra. Wywieźliśmy stąd ponad cztery tony niewypałów. Co jeszcze pozostało w ziemi, Bóg jeden wie. Saperzy nie chcą tu już niczego szukać, gdyż tu wszystko piszczy. W rosnących drzewach jest jeszcze mnóstwo odłamków, a ziemia kryje niejedną niespodziankę. Zdarzały się takie sytuacje, że saper przy pomocy specjalistycznej aparatury wykrywał znajdujący się pod powierzchnią ziemi metal. Po blisko godzinnym mozolnym i prowadzonym z niezwykłą ostrożnością usuwaniu ziemi okazywało się, że to puszka po konserwie pozostawiona tu przed laty przez ludzi rozkopujących groby w poszukiwaniu kosztowności.
Wzniecane na cmentarzu dla wątpliwej rozrywki ognie strawiły w dużym stopniu posadzone tu w roku 1856 oryginalne drzewa i krzewy. Istniała w dziewiętnastym wieku tendencja do zakładania cmentarzy parków, gdzie można było przyjść, tak jak przychodzi się do parku. Spacerując szerokimi alejami, w ciszy i spokoju można było znaleźć okazję do własnych przemyśleń i odpoczynku. Administracja cmentarzy zatrudniała dawniej wysoko wykwalifikowanych ogrodników dbających o roślinność. Niezwykle starannie pielęgnowano opłacone wcześniej groby. Wszystko było tak zrobione, że dawało wrażenie, iż można w niezwykle komfortowych warunkach doczekać sądu ostatecznego...
Dzisiaj mieszkamy w domach z betonu, a po śmierci spoczywamy w ziemi, przykryci najczęściej płytami lastrikowymi. A przecież Dolny Śląsk jest jedną z najlepiej wyposażonych w skałę użytkową krain geograficznych w Europie. Mówi się o tym, że mamy najlepsze na świecie granity, piaskowce, sjenity. Można by wymieniać nazwy skał i minerałów bez końca. Na tym obszarze geograficznym nie znaleziono chyba tylko diamentów. Mamy tyle wspaniałego kamienia, z którego można byłoby wykonać niezwykle piękne pomniki, a pomimo to na cmentarzach króluje lastriko...
Na mocy specjalnej umowy, podpisanej w swoim czasie przez Uniwersytet Toruński, przyjechali do Wrocławia studenci pragnący uzyskać uprawnienia na konserwację starożytnych kamieni. Osoby te przyjeżdżały na cmentarz przez blisko pięć lat i dokonywały określonych działań i czynności, zgodnych z ustaloną procedurą badawczą. Najpierw przeprowadzono bardzo precyzyjną analizę tego, co kamienie wchłonęły.
Kamienie "pijące" wodę, takie jak wapienie czy piaskowce, razem z deszczówką wchłaniają to wszystko, co się w niej znajduje. Po jakimś czasie odparowując czystą wodę, zatrzymują w sobie wszystkie zanieczyszczenia. Ten proces stanowi niezwykle cenną dla badaczy wskazówkę, mówiącą o stanie zanieczyszczenia środowiska. Po dokonaniu odpowiednich analiz okazało się, że uzyskane zawartości zanieczyszczeń są o około siedemset razy mniejsze niż otrzymane w Monachium i około pięćset razy mniejsze niż występujące w Krakowie. Pomimo zaprezentowanego porównania wskazującego na to, że Wrocław jest zdecydowanie zdrowszy od wspomnianych dwóch miast badania wykazały obecność w kamieniach zatrważającej ilości zanieczyszczeń, grubo przekraczające ustalone przez specjalistów normy.
Wszyscy Żydzi aszkenazyjscy chowali swoich zmarłych głowami na wschód, ustawiając kamienie zwane macewami w nogach zmarłego. Modlili się za swoich bliskich opierając głowy o pionowy kamień, tak jak czynią to od dawien dawna przy ścianie płaczu. Niemal we wszystkich religiach, w których grzebie się zmarłych w ziemi, aby tam oczekiwali sądu ostatecznego, istnieje przekonanie, że najlepszym miejscem spoczynku jest środek cmentarza. Ziemia tam jest najlepiej uporządkowana, a groby są najbezpieczniejsze. Obrzeża natomiast, czyli tzw. płoty przeznaczone były dla tych gorszych i najbiedniejszych. Do dzisiejszego dnia funkcjonuje w kościele katolickim postanowienie mówiące o tym, że osobę umierającą w grzechu śmiertelnym chowa się bez posługi kapłańskiej pod płotem lub pod murem cmentarza. Na cmentarzu przy ul. Ślężnej najznamienitsze osoby spoczywają pod murem. Nasuwa się pytanie, dlaczego tak się stało? Otóż ludzie nie lubiący Żydów istnieją na tym świecie prawdopodobnie niemal tak samo długo, jak długo żyją na nim sami Żydzi. Cmentarz przy ul. Gwarnej, położony w okolicy dzisiejszego Dworca Głównego, był często niszczony także w dawnych czasach. W celu zapobieżenia mającym miejsce dewastacjom postanowiono otoczyć go wysokim ochronnym murem. W Prusach na wszystko był odpowiedni przepis: na długość sznurówki w bucie wojskowym, na długość bagnetu, słowem na wszystko, było to bowiem państwo przepisów. Wysokość muru cmentarnego też była określona przepisem mówiącym o tym, że może on sięgać do półtora metra. Cóż to była jednak za przeszkoda dla młodego człowieka, który dosłownie jednym susem był w stanie pokonać taki płot czy ogrodzenie. Ówcześnie żyjący Żydzi, debatując nad sposobem rozwiązania problemu, wykorzystali istniejącą lukę w przepisach, która nie określała szczegółowo, na jaką wysokość mogą być stawiane płyty nagrobne. W związku z czym zaczęli grzebać zmarłych pod murami cmentarzy, stawiając bardzo wysokie grobowce, których ściany mocno wystając ponad ogrodzenie zaczęły dawać rzeczywistą ochronę pozostającym wewnątrz grobom. W ten sposób powstała tradycja kultywowana na wielu miejscach pochówku, której efekty obserwować możemy także na tym cmentarzu. Swoistą ciekawostkę historyczną stanowi fakt, że kiedy zmarł naczelny rabin Prus Abraham Geiger, który był pomysłodawcą tego oryginalnego rozwiązania, zdziwieni egzekutorzy jego testamentu stwierdzili, iż życzy sobie, aby pochowano go w środku cmentarza. Nie wiadomo, czy sprytny rabin nie wystawił do wiatru tych, którzy mu zawierzyli. Jedno jest natomiast pewne: lepiej jest do dzisiejszego dnia tym, których pochowano tylko pod skromnymi tabliczkami metalowymi, gdyż nie stać ich było na bogaty pochówek, okazały nagrobek, ponieważ nikt nie szukał u nich kosztowności. Źle natomiast wyszli na tym ci, którzy budowali okazałe grobowce lub ukryte niekiedy głęboko pod ziemią komory, gdyż wszędzie tam dotarli złodzieje, zabierając wszystko, co tylko miało jakąkolwiek wartość. Początkowo okradano groby z kosztowności, złotych ozdób i zegarków, w następnym etapie kradziono cynowe trumny i sprzedawano je na złom. Najgorsze było jednak to, że znaleźli się także ci, którzy handlowali ludzkimi kośćmi. Ten haniebny proceder kwitł szczególnie w latach sześćdziesiątych, a nabywcami ludzkich szczątków byli najczęściej studenci szkół medycznych.
Jednym z najbardziej znanych grobowców cmentarza jest grób wspomnianego już wcześniej Ferdinanda Lassalle'a, założyciela pierwszej partii robotniczej w Niemczech. Urodzony w 1825 roku we Wrocławiu wybitny niemiecki myśliciel i działacz socjalistyczny uczęszczał do wrocławskiego gimnazjum św. Magdaleny, a następnie do szkoły handlowej w Lipsku. Po zdaniu matury studiował przez jakiś czas filozofię na Uniwersytecie Wrocławskim i na Uniwersytecie Berlińskim. W 1863 roku założył pierwszą niemiecką partię robotniczą pod nazwą Powszechny Niemiecki Związek Robotniczy, której został przewodniczącym. Zmarł nagle w wyniku postrzału odniesionego w pojedynku w wieku 39 lat. Na pogrzeb, który chciano przeprowadzić w Berlinie przybyło ponad dwieście tysięcy ludzi. Chcąc uniknąć zamieszek, związanych ze śmiercią znanego działacza, potajemnie przewieziono jego zwłoki do Wrocławia i pochowano go w rodzinnym grobowcu. Na drugi dzień niemal trzy czwarte mieszkańców Wrocławia stawiło się pod murami cmentarza przy ul. Ślężnej. Nieustająca manifestacja trwała ponad tydzień. Ferdynand Lassalle był pierwszym prawdziwym politykiem, który rzeczywiście zrobił coś dla robotników. Kiedy Europę obiegła wiadomość o jego śmierci, Engels napisał do Marksa: "Słyszałeś, zginął Icek?" We wzajemnej korespondencji obaj bowiem nazywali go obraźliwie Ickiem, traktując go jako Żyda. Sami natomiast, obaj będąc zrodzeni z matek Żydówek, uważali się za coś lepszego. Na co Marks odpisał "No popatrz, doigrał się, ale trzeba przyznać, że był to największy wróg naszych wrogów".
Są na cmentarzu nazwiska, które się powtarzają. Należy do nich nazwisko Cohn i występuje ono bardzo często. Otóż Cohn obok Levy'ego stanowi jedyne "czyste" nazwisko żydowskie, mające niezwykłą tradycję. Chodzi tutaj o dwa rody, które szły z Mojżeszem z Egiptu do Ziemi Obiecanej. Otóż Cohn jest potomkiem rodu mojżeszowego i jest to ktoś, kto w swoim początku genealogicznym może sobie wpisać albo Mojżesza albo Arona , którego Mojżesz uczynił pierwszym opiekunem Arki Przymierza, a zarazem pierwszym kapłanem. Stąd nazwisko Cohn jest rozpoznawalne jako żydowskie na całym świecie. We Wrocławiu mieszkało dwóch niezwykle sławnych Żydów, noszących to nazwisko. Jeden z nich Herman, był profesorem okulistyki, lekarzem wielu znanych powszechnie osobistości. Kurował m.in. znanego badacza starożytności Schliemanna, a także Edisona i Bismarcka. Był uznawany za cudotwórcę, gdyż wykonywał operacje, które dopiero po latach mikrochirurgia oka zaczęła robić dysponując precyzyjną, wysokiej jakości aparaturą. Jego brat Ferdynand, botanik z wykształcenia był człowiekiem, który mieszkańców Wrocławia nauczył kochać zieleń. Wieloletni dyrektor Instytutu Fizjologii Roślin zajmował się komórką roślinną również z punktu widzenia fizjologicznego. Jako pierwszy przeprowadził szereg eksperymentów traktując bakterie jak rośliny. Współpracował z Robertem Kochem w badaniach nad wąglikiem i szczepionkami przeciw tej chorobie. F. Cohn własnymi rękoma posadził w Parku Południowym wiele drzew, które do dzisiaj jeszcze tam rosną. Kilkaset odmian drzew sprowadził z Afryki i Ameryki Północnej i Południowej, aklimatyzując je do naszych warunków. Posadził nawet w jednej z małych miejscowości na Dolnym Śląsku sekwoje, które rosną tam do dzisiejszego dnia. Pewnie tylko dlatego, że miejscowa ludność nie wie, co to za drzewa...
Na tym cmentarzu leżą dziadkowie Ericha Milcha, byłego Feldmarszałka Luftwaffe, prawej ręki Goeringa, człowieka odpowiedzialnego za planowy rozwój Luftwaffe i za jej strategiczne użycie w II Wojnie Światowej. W 1943 roku E. Milch osobiście otrzymał na urodziny od Hitlera milion marek. Był Żydem, a przy tym jednym z najwyższych w hierarchii dowódców Rzeszy Niemieckiej. Po wojnie dostał wyrok dziesięciu lat więzienia, z którego wyszedł po ośmiu latach ze względu na zły stan zdrowia. Specjaliści od strategii wojennej twierdzą, że gdyby nie wybieg Churchilla i głupota Hitlera, realizacja planów, jakie opracował Milch doprowadziłaby w ciągu kilku tygodni do zajęcia Wielkiej Brytanii. Milch był nacjonalistą niemieckim. Na tym cmentarzu ludzi ze skłonnościami narodowymi, czyli narodowców niemieckich będących Żydami (jeśli idzie o ich wyznanie religijne) jest bardzo dużo. Tu leżą ludzie, którzy na ochotnika szli na wojnę francusko- pruską. Na murze cmentarnym widnieje tablica upamiętniająca śmierć czterystu pięćdziesięciu Żydów poległych w czasie I Wojny Światowej. Jest rzeczą niezwykłą, ile Niemcy zawdzięczają w swojej historii Żydom. Pierwszy w historii nowożytnych Igrzysk Olimpijskich w roku 1896 złoty medal dla Niemiec zdobył Żyd, Zygfryd Flatau. Człowiekiem, który rozwinął cały system gimnastyczny był Żyd Jahn. Prawdą jest, że Żydzi czuli się w Niemczech bardzo pewnie. Ich asymilacja z niemiecką kulturą odbywała się w niezwykłym tempie i na wielu płaszczyznach. W pewnym momencie byli już praktycznie nie do odróżnienia w masie niemieckiego narodu. Mówili wspaniale po niemiecku, byli znakomicie wykształceni, stanowili grupy najbardziej aktywnych obywateli działających na rzecz państwa. Wspomniany wnuczek Milchów miał rzekomo należeć do grupy spiskowców planujących zamach na Hitlera w 1944 roku w Kętrzynie. Są to jednak najprawdopodobniej teorie mające na celu wybielenie jego osoby.
To o nim powiedział Hitler, kiedy nacisk grupy nienawidzącej Milcha zmusił Himmlera do sformułowania prośby o zgładzenie mającego coraz większy wpływ na wodza ich politycznego przeciwnika, iż "on sam będzie decydował o tym, kto w Rzeszy Niemieckiej jest, a kto nie jest Żydem".
Żydzi są narodem, który się boi śmierci. Każdy się jej boi, chociaż Rosjanie mówią, że "przy ludziach śmierć nie straszna". My, katolicy, mamy komfort psychiczny, bo mamy sakrament spowiedzi. Możemy umierać z przeświadczeniem, żeśmy sobie "załatwili" tutaj odpust u kogoś, kto ma do tego uprawnienia. Żydzi tego nie mają. W chwili, w której umiera Żyd stają mu przed oczami wszystkie szubrawstwa, jakich się w życiu dopuścił i wie, że otrzyma za chwilę z tego tytułu srogą reprymendę. Wiara żydowska mówi, że zmarłego należy pochować przysypując go przynajmniej garścią ziemi. Ortodoksyjni Żydzi starają się z wielką surowością przestrzegać tego zalecenia, gdyż tylko wtedy zostaje uwolniona z ciała dusza i przemieszcza się w miejsce będące odpowiednikiem czyśćca, oczekując tam na dzień Sądu Ostatecznego. Sprawiedliwe dusze pójdą do nieba, a niesprawiedliwe do piekła. Jeżeli się nie wykona obrządku polegającego na zakopaniu ciała w ziemi, dusza zmarłego pozostaje w tym miejscu aż do końca świata. I nie byłby to wielki problem, gdyby nie fakt, że ubezwłasnowolniona śmiercią ciała dusza bierze na siebie grzechy wszystkich tych, którzy znajdują się w otoczeniu tej duszy. Z tego przeświadczenia wzięły się protesty Żydów w związku z Oświęcimiem. Ortodoksyjni Żydzi wierzą, że to przeklęte miejsce, w którym nie mogą zaznać spokoju miliony dusz pozbawionych należytego pochówku, powinno być otoczone szczególnym szacunkiem. W kwestiach wiary należy starać się to zrozumieć, a jeżeli ktoś nie chce tego uczynić, powinien przynajmniej o tym wiedzieć, wtedy być może głębiej spojrzy na sprawę i dostrzeże rzeczywistą istotę sporu.
Jest na cmentarzu żydowskim wiele grobów, mogił oznaczonych setkami napisów. Wszystkie one mówią o leżących w ziemi ludziach same dobre rzeczy. I tak być powinno, o ludziach zmarłych nie należy mówić źle...
Kustosza i restauratora Starego Cmentarza Żydowskiego przy ul. Ślężnej we Wrocławiu Tadeusza Włodarczaka z wielką uwagą i satysfakcją, chyląc czoło przed ogromną Jego wiedzą historyczną i znajomością dziejów cmentarza oraz osób na nim pochowanych wysłuchał Henryk Nawara.